Mateusz Rusin: jest czas na pomyłki i próby

Mateusz Rusin i Marta Lipińska na planie serialu (fot. TVP/Krzysztof Wellman)
– Byłem świeżo po szkole i zastanawiałem się, czy się dogadam, ale myślę, że te obawy wynikały ze mnie niż z faktycznego stanu. Na planie od początku było cudownie. Reżyser Wojtek Adamczyk potrafi trzymać to w ryzach, a jednocześnie daje dużo luzu – wspomina swoje początki na planie serialu „Ranczo” Mateusz Rusin, grający rolę księdza Macieja.

 „Ranczo” okazuje się być fenomenem. W telewizyjnej Jedynce właśnie rozpoczęła się emisja odcinków już siódmego sezonu serialu, a niezmiennie oglądają go miliony widzów. Jaka, Pana zdaniem, jest recepta na sukces?

–  Mam wrażenie, że  jest to głównie zasługą scenariusza. To jest podstawa tych wszystkich dobrych rzeczy, które są na wizji. „Ranczo”  daje nam obraz polskiego społeczeństwa. Niby dzieje się to we wsi Jeruzal, która została stworzona na potrzeby serialu, ale to co się tam dzieje jest uniwersalne – mogłoby się dziać w całej Polsce. Pokazani są ludzie, którzy mają problemy z wiarą, polityką, a także sprawami życia codziennego. Jeszcze raz chciałbym podkreślić, że powodzenie serialu to głównie zasługa scenariusz, bo tekst jest na tyle dobry, że nie należy tego popsuć. Myślę, że dobrze zostali dobrani aktorzy. Za nami jest kilka sezonów „Rancza” i niektóre role bardzo się rozrosły i można mówić o fabule. Walorem serialu jest to, że nie jest telenowelą. Jest 13 odcinków w sezonie i to daje pewną świeżość. Widz na to czeka.

Pan dołączył do obsady w szóstym sezonie „Rancza” jako ksiądz Maciej. Inni aktorzy wcześniej już się poznali i mogli się zgrać. Jak wygląda wejście w taki serial?

– Dla mnie to była taka pierwsza większa rzecz. Wcześniej grałem w „Czasie honoru”, ale to były tylko cztery odcinki. A tu po raz pierwszy 13 odcinków z takimi ludźmi i tak duża rola. Stresowałem się bardzo, dlatego że cała ekipa – aktorzy, make up, operatorzy i inne osoby – to byli ludzie, którzy bardzo dobrze się znali. Posługiwali się pewnego rodzaju kodem i ciężko było mi się w to wpisać. Byłem świeżo po szkole i zastanawiałem się, czy się dogadam, ale myślę, że te obawy wynikały ze mnie niż z faktycznego stanu. Na planie od początku było cudownie. Reżyser Wojtek Adamczyk potrafi trzymać to w ryzach, a jednocześnie daje dużo luzu. Jest dużo czasu na każde ujęcie, więc jest czas na pomyłki i próby. Ekipa przyjęła mnie naprawdę bardzo dobrze.W serialu dużo kontaktuje się Pan ze swoją gospodynią Michałową. Jak się pracuje z Martą Lipińską, która niedawno w Teatrze Współczesnym obchodziła jubileusz 50-lecia pracy scenicznej?

– Przyznam, że jest to bardzo silna osobowość. Mamy głównie sceny na plebanii z panią Martą i panem Cezarym Żakiem. Na początku czułem skrępowanie i miałem wątpliwości, czy uda się to jakoś przemóc. Pani Marta jako pierwsza wyciągnęła do mnie rękę i najistotniejsze było, co robimy na planie, a nie to, kto jaki ma dorobek aktorski. To było bardzo inspirujące doświadczenie i mam wiele miłych wspomnień i mam nadzieję, że będzie jeszcze więcej. I chciałbym tu zaznaczyć, że pani Marta nie ma takiego charakteru jak Michałowa. (śmiech)

Ksiądz Maciej prowadzi dysputy filozoficzne z Solejukową. Jak to wygląda?

– To są bardzo ciężkie teksty. Czytałem nieco na ten temat. Filozofię zaliczyłem, ale nie powiem,  żeby to było dla mnie łatwe. Pani Kasia Żak jest przemiłą osobą i zawsze, kiedy są takie sceny, które wymagają dużo skupienia, takie jak dysputy filozoficzne, to siadamy i dyskutujemy. Później są propozycje dla reżysera. Dużo w tym jest zabawy, ale i dyscypliny.
 
Widzowi może się wydawać, że skoro komedię się łatwo ogląda to łatwo w niej grać. Zdaniem Mariana Opanii, łatwiej jest zagrać tragedię i łzy niż komedię. Jakie jest Pana zdanie na ten temat?

– Komedia jest dla mnie trudnym gatunkiem. Jeżeli chce się odnieść sukces po drugiej stronie to trzeba podejść na serio do sprawy. „Ranczo” to nie jest farsa – są tu zabawne dialogi, ale wszyscy podchodzą do pracy tu bardzo poważnie. I widz to czuje.

„Ranczo” oglądają miliony widzów i nieuchronnie przekłada się to na popularność występujących w serialu aktorów. Czy Pan osobiście spotyka się z jakimiś przejawami sympatii np. na ulicy, czy w sklepie?


– Dotyczy to raczej czasu, kiedy jest emitowany serial. Kiedy już nie ma go na antenie to w Warszawie mogę czuć się anonimowy. Jest to dla mnie dobre, bo osobiście nie czuję potrzeby wchodzenia w popularność. Takie sytuacje zdarzają mi się w rodzinnych Świebodzicach, małym miasteczku koło Wałbrzycha. Najbardziej mi zapadło w pamięć wydarzenie w kościele. Na mszy modliłem się i podeszła do mnie pani, która modlitwę przerwała, by powiedzieć mi: „Oglądamy serial i bardzo dobrze pan gra księdza wikarego. Jesteśmy dumni”.
Serial serialem, ale podstawowa Pana praca to teatr. I to Teatr Narodowy w Warszawie. Jak to się stało, że młody człowiek trafił na tak prestiżową scenę?

– W Akademii Teatralnej miałem do czynienia z różnymi profesorami. Wykłada na uczelni także pan Jan Englert, dyrektor Teatru Narodowego. Bacznie mnie obserwował na egzaminach, na dyplomach i w ten sposób zostałem wybrany. Stąd ten natychmiastowy transfer ze szkoły do teatru i jest to dla mnie duża szansa. Na początku marca odbyła się premiera „Bezimiennego dzieła” Witkacego w reżyserii właśnie Jana Englerta. Mam tam swój mały udział i namawiam do obejrzenia tego spektaklu.

Słyszałem, że Pana pasją jest również muzyka. Czy może Pan coś na ten temat powiedzieć?

– Mam zespół, piszę teksty, muzykę i aranżację tworzymy razem. Nie mam wykształcenia muzycznego, ale jakoś z akordami daję sobie radę. Będzie można sprawdzić, jak nam to wychodzi – 21 marca o godz. 21 mamy koncert w warszawskim klubie Regeneracja. Celem tego zespołu jest na razie granie koncertów, ale chcemy się rozwijać i w przyszłości nagrać płytę.

W jednej z wypowiedzi mówił Pan o adaptowaniu się w Warszawie. Czy polubił Pan już rytm wielkiego miasta?

– Już tak. Przez pierwsze dwa lata było to ciężkie. Jak przyjeżdża się z małego miasta to przystosowanie się do dużego miasta sprawia trudności. Teraz już jest dobrze. Nie chciałbym wyjeżdżać stąd; czuję, że to miasto jest dla mnie przyjazne, bardziej niż mogłem się spodziewać. Mam swoich ludzi w Warszawie, swoje miejsca, swoje ścieżki.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz